Killarney National Park – co zobaczyć

Park Narodowy Killarney leży w południowo-zachodniej części Irlandii. Został założony w 1932 roku, natomiast 1981 wpisano go na listę rezerwatów biosfery UNESCO. Jest to bardzo popularne turystyczne miejsce, co nie może dziwić, biorąc pod uwagę przepiękne widoki, malowniczą okolicę oraz zabytki leżące w tej okolicy.

Dojazd

Ponieważ startowałem z Newcastle West, musiałem najpierw dotrzeć na miejsce. Zdecydowałem się na wypożyczenie auta, bo oprócz Parku Narodowego Killarney, chciałem również pochodzić po górach
Macgillycuddy’s Reeks oraz zdobyć najwyższy szczyt Irlandii – Carrantuohill. Opis szlaku i moje wrażenia z tej wyprawy znajdziecie pod tym linkiem: http://enjoythetravel.pl/carrantuohill-jak-zdobyc-najwyzszy-szczyt-irlandii.

Auto było niezbędne, ponieważ żadna komunikacja publiczna nie dojeżdża do Cronin’s Yard, a był to mój punkt startowy na szlak na Carrantuohill. Natomiast jeżeli chcielibyście jedynie obejrzeć Killarney i okolice to bez trudu dotrzecie tutaj autobusem z każdej większej miejscowości. Na miejscu też spokojnie można przemieszczać się mniejszymi autobusami, które dojeżdżają do najważniejszych atrakcji. Lokalne turystyczne busiki znajdziecie na stronie Killarney Shuttle Bus.

Auto wypożyczyłem w Limerick w Europcar. Bardzo polecam tę wypożyczalnię! Samochód był w świetnym stanie, nie było najmniejszych problemów z załatwieniem formalności. Telefon, umówienie się na obiór auta, podpisanie dokumentów i po 15 minutach mogłem wyruszyć w drogę. Co ważne, w cenie dostałem pełne ubezpieczenie. Muszę przyznać, że po krótkich negocjacjach udało mi się wypożyczyć auto na bardzo dobrych warunkach. Lepiej trafić nie mogłem.

Z Limerick do Killarney jest trochę ponad 100 kilometrów. Trasa zabrała mi niecałe dwie godziny. Były to moje pierwsze kilometry jazdy lewą stroną, dlatego poruszałem się bardzo ostrożnie. Pierwszego dnia, nie miałem wielkich planów. Przede wszystkim zależało mi żeby zobaczyć najsłynniejszy wodospad Irlandii, a ponieważ było w miarę wcześnie to postanowiłem jeszcze zdobyć górę Torc.

Wodospad Torc

Najsłynniejszy wodospad Irlandii ma ponad 20 metrów wysokości, a jego otoczenie jest wręcz bajkowe. Takie położenie sprawia, że jest bardzo popularnym celem wycieczek. Do wodospadu prowadzą dwie trasy. Jedna z nich swój początek ma na dolnym parkingu i to tutaj większość turystów rozpoczyna marsz w górę do wodospadu. Ja jednak wjechałem na górny parking, który był również moim punktem startowym na górę Torc. Aby dostać się na górny parking należy wjechać w wąską drogę. Jest to początek drogi nazywanej Old Kenmare Road. Jadąc od Killarney należy skręcić w lewo.

Asfalt prowadzi przez las do górnego parkingu. Przez chwilę zastanawiałem się czy dobrze jadę, bo droga wygląda na opuszczoną, nieużywaną od dawna trasę i nie byłem pewny czy na pewno jestem tam gdzie być powinienem. Jednak po kilku minutach parking rozwiał moje wątpliwości.

Tutaj zostawiłem auto i ruszyłem w dół do wodospadu. Spacer nie trwał długo. Po zaledwie 10 minutach byłem na miejscu. I w sumie nie tylko ja. Było tutaj całkiem sporo ludzi. Poza wodospadem nie ma za wiele do oglądania, także nie spędziłem tam zbyt wiele czasu.

Zebrałem się i ruszyłem, w stronę parkingu, tą samą trasą, którą szedłem przed chwilą. Z tą różnicą, że moim nowym celem został szczyt góry Torc.

Góra Torc

Góra Torc liczy zaledwie 535 m.n.p.m., także była to dla mnie idealna rozgrzewka i zaostrzenie apetytu przed czekającymi mnie kolejnego dnia wyzwaniami. Z parkingu trzeba kierować się w stronę szlabanu, a następnie iść cały czas żwirową drogą pamiętając, że góra Torc jest po naszej prawej stronie.

Po kilku minutach marszu dociera się do mostku przerzuconego nad niewielką rzeczką. Za nim należy skręcić w lewo. Droga początkowo prowadzi wzdłuż strumienia. Idzie się pięknym lasem, który wygląda jak wyjęty wprost z irlandzkich legend. Stare, porośnięte mchem drzewa robią niesamowity klimat. Tutaj też spotkamy pierwsze zauważalne podejście.

Za lasem wychodzimy na otwartą przestrzeń, którą po obu stronach ograniczają góry, natomiast przed nami rozpościerają się fantastyczne widoki. Droga zaczyna powoli się piąć, ale nie jest to żadne wyzwanie. Kiedy wyszedłem z lasu akurat zaczęło padać i pojawiła się mgła, ale niezrażony takimi warunkami szedłem przed siebie.

Po mniej więcej 300 metrach od wyjścia z lasu, szlak skręca o 90 stopni w prawo i prowadzi albo kamienistymi ścieżkami, albo po drewnianych belkach. Gdyby nie padający deszcz byłby to świetny przyjemny spacer. Niestety tego dnia pogoda nie była moim sprzymierzeńcem.

Na szczycie… co nie dziwne, nie spotkałem nikogo. Było mgliście i nieprzyjemnie.

Na szczęście kiedy zacząłem schodzić pogoda zaczęła się poprawiać. Widoki i okolica były oszałamiające. Wracałem tą samą drogą, którą przyszedłem, ale miałem wrażenie, że idę zupełnie innym szlakiem. Wszystko to z powodu warunków, których mogłem doświadczyć.

W jedną stronę mgła i deszcz, w drugą trochę więcej przejaśnień. Byłem przemoczony do suchej nitki. W samochodzie miałem ciuchy na przebranie na najbliższe trzy dni, także nie zwlekając zbyt długo szybko się przebrałem. W zasadzie to marzyłem, żeby założyć coś suchego, bo mokre miałem absolutnie wszystko. Na szczęście nie przypłaciłem tej trasy przeziębieniem, także uważam, że było warto.

Zazwyczaj turyści ograniczają się jedynie do wodospadu, a szkoda. Nie wiedzą co czeka trochę wyżej i przez to wiele tracą. Początek szlaku nie jest wcale wymagający, także poradzi sobie z nim praktycznie każdy. Sama trasa w górę i w dół zajęła mi dwie godziny.

Gap of Dunloe

Gap of Dunloe to wąska, górska przełęcz, oddzielająca od siebie dwa pasma gór: MacGillycuddy’s Reeks oraz Purple Mountain Group. Ze względu na widoki jakich można tu doświadczyć Gap of Dunloe jest bardzo popularnym miejscem wśród turystów. Przełęcz ta powstała około 25 000 lat temu, podczas ostatniej epoki lodowcowej w Irlandii.

Uważa się, że nazwa Gap of Dunloe jest angielskim odpowiednikiem irlandzkiego Dún Lóich, co oznacza fort lub twierdzę Lóicha. Rzeczony Mac Lóich miał być ojcem pięciu wodzów (Slainghe’a, Ganna, Genanna, Seanganna, and Rudhraighe’a) z plemienia Fir Bolg, którzy podbili Irlandię, a następnie podzielili ją na pięć prowincji, w których objęli władzę. Według kronik „Annals of the Four Masters” plemię Fir Bolg panowało w Irlandii przez 37 lat, od 3266 r p.n.e. do 3303 p.n.e.

Największą atrakcją Gap of Dunloe, według mnie, jest tak zwany „Wishing bridge”. Jest to kamienny most, pod którym przepływa rzeka Loe. Widok jest bajkowy. Powszechnie wierzy się, że życzenia pomyślane czy wypowiedziane na tym moście staną się rzeczywistością. Oprócz mostu oczywiście widoki robią swoje. Przez przełęcz prowadzi droga, jest ona jednak zamknięta dla ruchu samochodowego, z wyjątkiem aut mieszkańców oraz przewoźników turystycznych. Ogólnie pierwszeństwo na niej mają osoby idące pieszo i rowerzyści. Nie przeszedłem całej trasy, bo już zwyczajnie nie miałem na to czasu, ale wydaje mi się, że zobaczyłem najładniejsze miejsca – właśnie z „Wishing bridge” na czele.

Najlepszym punktem, aby zostawić auto jest Kate Kearney’s Cottage. Znajdują się tutaj restauracje, parking, można również wynająć bryczkę i w ten sposób pokonać 11 kilometrową trasę. Ja zdecydowałem się na spacer, tym bardziej, że „Wishing bridge” znajduje się kilkanaście minut marszu od Kate Kearney’s Cottage. W sumie spędziłem tam trochę ponad godzinę. Jest to świetna propozycja na relaksujący spacer.

Ladies View

Ladies view to bardzo ciekawe miejsce, nie ma tutaj praktycznie nic, poza niewielką restauracją i… fantastycznym widokiem. I to właśnie wystarcza, aby Ladies View było notowane w czołówce najczęściej fotografowanych krajobrazów w Irlandii!

Punkt widokowy znajduje się na słynnej Ring of Kerry, około 19 kilometrów od Killarney. Sam dojazd tutaj jest już nie lada atrakcją, bo prowadzi krętą, leśną drogą, a gdzieniegdzie zbliża się do jeziora, co sprawia, że widoki zapierają dech w piersiach. Takich tras nie ma zbyt wiele.

Nazwa Ladies View pochodzi z czasów Królowej Victorii, która panowała Wielką Brytanią i Irlandią od 1837 do 1876 roku. Nazwa wzięła się z zachwytu jaki wywołał widok rozpościerający się z tego miejsca, wśród dam dworu królowej. Wszystko wydarzyło się w 1861 roku i widok faktycznie zachwyca!

Nie ma absolutnie żadnego problemu ze zlokalizowaniem Ladies View. Jest tam tablica informacyjna oraz parking, na którym można się zatrzymać i podziwiać widoki.

Muckross Abbey

Szczerze przyznam, że trafiłem tutaj trochę przypadkiem. Początkowo zupełnie nie planowałem odwiedzać Muckross Abbey. Jednak jadąc do Ladies View i biorąc pod uwagę fakt, że była świetna pogoda, a ja miałem mnóstwo czasu, postanowiłem zatrzymać się po drodze i przeznaczyć kilkanaście minut na zwiedzanie. Parking znajduje się tuż przy wejściu na teren opactwa, jednak aby dotrzeć do klasztoru trzeba się trochę przejść. I uwierzcie mi warto.

Już z daleka widać mury klasztoru. Nawet z odległości robią wrażenie. Sam klasztor powstał około 1445 roku! Na przestrzeni wieków był wielokrotnie napadany, burzony i odbudowywany. Obecnie budynek jest opuszczony, jednak utrzymywany jest w bardzo dobrym stanie. Jest on otwarty dla zwiedzających. Można wejść do środka, a także na górne piętro, pospacerować wąskimi korytarzami.

Historia tutaj, miałem wrażenie, że wychodzi z każdego zakamarka. Było to dla mnie ciekawe doświadczenie, móc oglądać herby wykute w kamiennych blokach, oraz mury, które powstały ponad pół tysiąca lat temu. Polecam każdemu, tym bardziej, ze okolica jest bardzo przyjemna i jak to w Irlandii szalenie zielona.

Nocleg

Nie lubię wydawać dużo kasy na noclegi, ale z kolei nie przepadam też za hostelami. Jednak odrobina prywatności w pokoju po całym dniu zwiedzania to fajna rzecz i bardzo ją sobie cenię. Biorąc pod uwagę te dwa fakty po zejściu z góry Torc zabrałem się za poszukiwania noclegu. Używałem do tego sprawdzonego już wielokrotnie booking.com. Ceny w Irlandii niestety nie należą do najniższych. Za łóżko w najtańszym hostelu trzeba zapłacić minimum 20 euro, trochę droższe dochodziły nawet do 30. Przy okazji odbywał się w Killarney wyścig samochodowy, na który zjechało się mnóstwo kibiców i zawodników, także obłożenie było spore. Powiem szczerze, że średnio uśmiechało mi się płacić taką kasę za jedną noc. I tutaj po raz kolejny uśmiechnęło się do mnie szczęście. Udało mi się znaleźć tak zwany B&B (Bed & Breakfast) w miejscowości Fossa położonej zaledwie kilka kilometrów od Killarney. Co prawda łazienka była wspólna na korytarzu, ale korzystałem z niej praktycznie sam. Spałem w Douglasha House i naprawdę mogę polecić to miejsce.

Co prawda nie jest to szczyt komfortu, ale nie mam absolutnie nic do czego mógłbym się przyczepić. Było czysto, ciepło, można było się wykąpać i odpocząć. Do restauracji/baru trzeba było iść dwa kilometry w jedną stronę, a po zmroku wracać nieoświetloną drogą, ale mimo wszystko nie uznaję tego za duży minus. Śniadanie jest raczej proste, ale pożywne. Dostałem jajko sadzone z bekonem oraz paróweczkami, do tego oczywiście tosty, soda bread – czyli lokalny chleb, swoją drogą nawet smaczny i standardowo herbatę. Na bufecie były także jogurty i owoce, ale z tego akurat nie korzystałem. Można się najeść, a właścicielka dba, aby niczego nie brakowało. Wszystko przygotowywane jest na bieżąco, także trzeba poczekać dobre 20 minut aż posiłek wjedzie na stół, ale warto. Za tę cenę nic lepszego w okolicy nie znajdziecie.

Na do widzenia, właścicielka podarowała mi mapę okolicy oraz dokładnie wytłumaczyła i rozrysowała na mapie jak mam dojechać do Cronin’s Yard, bo oczywiście zapytała o plany.

Początkowo zrobiłem przez booking rezerwację tylko na jedną noc, ale po zejściu z Carrantuohill postanowiłem zostać dzień dłużej. Zadzwoniłem więc do właścicielki i na szczęście miała jeszcze wolny pokój. Gdy przyjechałem na miejsce czekała na gości kartka z przydziałem pokoi, a klucze do nich leżały w pudełeczku przy wejściu.

Tak – Ravek, to ja. Tak się właśnie kończy robienie rezerwacji telefonicznie. Niemniej pokój był gotowy, a właścicielka przyszła jeszcze wieczorem zapytać czy na pewno wszystko jest w porządku.

Według mnie na 2-3 dni ten obiekt będzie idealny. Jest z niego bardzo blisko w góry czy do Killarney, a jednocześnie za stosunkowo niewielkie jak na Irlandię pieniądze oferuje bardzo przyzwoite warunki.

Moim zdaniem Park Narodowy Killarney wraz z Klifami Moheru to punkty obowiązkowe podczas wizyty w Irlandii.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *