Armenia. Nieodkryty, zachwycający kraj! Co zobaczyć?

Pomysł wyjazdu do Armenii narodził się u mnie po powrocie z pierwszej wizyty w Gruzji. Wiedziałem, że będę chciał tam wrócić żeby pokonać drogę do Omalo, ale wiedziałem, że mi to nie wystarczy. Tak oto oprócz Gruzji postanowiłem odwiedzić także Armenię.

Czemu Armenię? Bo to kraj z bardzo ciekawą historią, fantastycznymi, zróżnicowanymi widokami i w dalszym ciągu mało popularny. To wystarczyło żeby wzbudzić moją ciekawość. Gruzja ma rejony przesycone turystami, w porównaniu z nią, Armenia wydawała się dziewiczą krainą, nieodkrytą przez masową turystykę i faktycznie tak jest.

Oczywiście są tutaj zabytki czy atrakcje, w których turystów jest zatrzęsienie jak chociażby świątynia Garni, klasztory Geghard, Norawank czy też kolejka górska Wings of Tatev. Jednak znacznie więcej jest zachwycających miejsc, w których innych turystów mogliśmy policzyć na palcach jednej ręki.

Armenia – wycieczka w czasie

Armenia jest niewielkim krajem. Ma powierzchnię mniejszą niż województwo mazowieckie. Jednak wyżynno-górzyste ukształtowanie terenu oraz podzwrotnikowy klimat sprawiają, że wyprawa w te rejony jest niesamowitym przeżyciem.

Przeżycia te i zderzenie z otaczjącą rzeczywistością rozpoczynają się tuż po przekroczeniu granicy. Różnica pomiędzy Gruzją, a Armenią jest kolosalna. Mieliśmy wrażenie, że na przestrzeni kilku kilometrów cofnęliśmy się w czasie. Jakość dróg, wygląd domów, czy miasteczek, nawet samochody na drogach, tworzyły klimat niczym z lat pięćdziesiątych dwudziestego wieku. I przez kolejne dni klimat ten zmienił się jedynie w Erywaniu. Pozostałe części kraju, które odwiedziliśmy w dalszym ciągu są niczym żywa pamiątka z czasów ZSRR albo wizja świata po apokalipsie. Śmieliśmy się czasami, że to co widzimy to świat z gry Fallout, której akcja toczy się w 2161 roku po zakończeniu wojny atomowej.

Ogromne puste przestrzenie, opuszczone budynki, wiekowe auta, fantastyczne widoki, maleńkie wioski tego nie da się zapomnieć. Niemniej własnie po to przyjechaliśmy do Armenii. Chcieliśmy zobaczyć nie tylko kraj, jego zabytki, góry, ale także to w jaki sposób żyją tu ludzie. Wiemy jedno – Armenia jest niesamowita.

Armenia – co zobaczyć

Pomimo, że powierzchnia kraju jest niewielka to ilość miejsc do odwiedzenia jest ogromna. Ze względu na ograniczony czas musieliśmy się mocno ograniczyć z planem wyjazdu, który i tak był bardzo ambitny. Wjeżdzaliśmy od północy, przez przejście graniczne z Gruzją: Sadakhlo-Bagratashen, natomiast chcieliśmy dotrzeć aż do klasztoru Tatev położonego na południu kraju. Stamtąd już tylko 120 kilometrów dzieliło nas od granicy z Iranem. Jednak Tatev to był najdalej na południe wysunięty punkt jaki odwiedziliśmy podczas wyjazdu.

Armenia nazywana jest muzeum pod otwartym niebem i… faktycznie trzeba się zgodzić z tym stwierdzeniem. Liczba zabytków i ciekawych historycznie miejsc potrafi zawrócić w głowie. Początki kraju sięgają aż XI wieku przed naszą erą i państwa zwanego Urartu, natomiast początki obecnej stolicy Armenii – Erywania to rok 782 p.n.e.

Armenia jest pierwszym krajem na świecie, który przyjął chrześcijaństwo jako religię państwową. Nie dziwi więc fakt, że najbardziej znanymi zabytkami wartymi odwiedzenia są klasztory, które pochodzą nawet z IV wieku! My odwiedziliśmy klasztory: Sewanawank, Tatev, Norawank, Chor Virap oraz Geghard.

Oprócz klasztorów punktem obowiązkowym była też wyjątkowa na tym terenie świątynia Garni, która powstała w I wieku naszej ery, a poświęcona była bogu słońca Mitrze. Wyglądem przpomina budowle z czasów starożytnej Grecji i robi naprawdę duże wrażenie.

Koniecznie trzeba również zobaczyć jezioro Sewan. Jest to największe jezioro Kaukazu oraz jedno z najwyżej położonych jezior na Świecie. My zdecydowaliśmy się na przejazd wzdłóż jego zachodniego brzegu. Widoki i klimat były niepowtarzalne.

Kolejną atrakcją, którą bardzo polecamy to Twierdza Smbataberd. Nie jest łatwo tam dotrzeć, ale zdecydowanie warto. Jeśli dysponujecie autem z napędem 4×4 i potraficie się nim poruszać, to można podjechać praktycznie pod samą bramę prowadzącą do twierdzy. W przeciwnym wypadku można dotrzeć na górę na piechotę.

Na naszej trasie znalazły się również dwa inne punkty – wierzchołek wygasłego wulkanu Armaghan, a także Orbelian Caravanserai, czyli budynek, w którym zatrzymywały się karawany na szlaku jedwabnym. Po drodze do Tatev odwiedziliśmy Zorac Karer najstarsze na świecie obserwatorium astronomiczne. Miejsce to określane jest jako ormiańskie Stonehenge. Warto również odwiedzając klasztor Tatev skorzystać z okazji i przejechać się najdłuższą na świecie kolejką górską – Wings of Tatev.

W Waszym planie zwiedzania nie może zabraknąć Erywania, placu Republiki oraz tańczących fontann.

Miłośnicy gór, tacy jak my, powinni także zdobyć jeden z wierzchołków Aragacu – najwyższego szczytu Armenii i jednocześnie Małego Kaukazu.

Jazda po Armenii

Jako, że po Armenii podróżowaliśmy autem mieliśmy okazję doświadczyć stylu jazdy miejscowych kierowców. Było to mocne przeżycie! Bardzo mocne graniczące jednocześnie z absurdem całej sytuacji.

Wielokrotnie zdarzało się, że byliśmy wyprzedzani na podjazdach, tuż przed zakrętami, gdzie nic nie było widać i nikt o zdrowych zmysłach nawet nie pomyślałby o takich manewrach. Jednak w Armenii to nie był problem. Nie wiem chyba punktem honoru każdego kierowcy poruszającego sie po drodze jest wyprzedzenie auta jadącego przed nim.

Po jakimś czasie przestało nas to dziwić, jednak początki były trudne. Natomiast co do samochodów to Ormianie uwielbiają Mercedesy. Jest ich tutaj mnóstwo, równie dużo jak i Ład. Natomiast samochody ciężarowe to przede wszystkim stare, dobre, niezawodne Ziły.

Po jeździe w Armenii, nigdy nie sądziliśmy, że to przyznamy, ale… cieszyliśmy się, że wracamy na drogi do Gruzji. Mimo wszystko styl jazdy w Gruzji jest bardziej przystępny niż w Armenii.

Co zjeść?

Tutaj nie mamy specjalnych doświadczeń jednak znaleźliśmy danie, przy którym nasze kubki smakowe odlatywały w kosmos. Był to… kebab! Przy czym kebab w Armenii to zupełnie co innego niż kebab w Polsce. W Armenii kebab to mięso grilowane na specjalnej „szpadzie”. A pisząc grilowane mam na myśli pieczenie go nad rozgrzanymi węglami! Tak! Nawet w zwykłym fast foodzie tak to się odbywa. Nie ma tutaj miejsca na mikrofalę czy piekarniki. Kebab to musi być kebab – były fantastyczne. Zajadaliśmy się nimi przy każdej okazji!

Druga sprawa to wino. Mając do wyboru trzy rodzaje domowego wina w malutkiej restauracji w Tatev wybraliśmy… wszystkie trzy. Każde z nich było genialne! Poszliśmy zatem na kompromis i wzięliśmy po dużym kieliszku każdego.

Ormianie

Naszym zdaniem to największy atut Armenii. Bardzo przyjaźni, uśmiechnięci, pozytywni, pomocni, towarzyscy. Mam wrażenie, że to jest wspólna cecha ludzi na Kaukazie. Najbardziej doświadczyliśmy tego w Omalo i Chateau Napareuli w Gruzji oraz w Tatev w Armenii, czyli w mniejszych wioskach.

W Tatev mieliśmy nogleg. Zdecydowaliśmy się na niewielki guest house John & Lena. Właścicielka przywitała nas bardzo serdecznie i zadbała aby niczego nam nie brakowało. W cenie mieliśmy również śniadanie, na które dostaliśmy to samo co domownicy. Lokalne domowe produkty, jedliśmy w kuchni przy stole, czuliśmy się tam znakomicie.

Za to kolację jedliśmy w niewielkiej restauracji, w której znajduje się także informacja turystyczna. Jedzenie pierwsza klasa, długo czekaliśmy na zamówienie, ale to dlatego, że wszystko dopiero się robiło. Nic nie było mrożone! W restauracji byliśmy sami!

Ciekawa sytuacja miała miejsce przy płaceniu. Nie działała żadna nasza karta, terminal odrzucał jedną za drugą. Skończyło się na tym, że zostawiliśmy „pod zastaw” lari, czyli gruzińskie pieniądze, które mieliśmy ze sobą i umówiliśmy się, że następnego dnia podjedziemy do bankomatu i przywieziemy pieniądze za kolację. Szczerze mówiąc lari w Tatev ma niewielką wartość. Spróbujcie tutaj znaleźć kantor…

Jednak nie było najmniejszego problemu z takim „zastawem”. Pożegnaliśmy się uśmiechami i życzeniem spokojnej nocy. Natomiast kiedy rano zawitaliśmy do restauracji, właścicielka poczęstowała nas tradycyjnie przygotowaną kawą i ciasteczkami. Tego się nie spodziewaliśmy. Nie chciała od nas pieniędzy, byliśmy jej gośćmi. Niewielki gest, a jak wiele mówiący o mentalności Ormian.

Armenia – nieodkryty ląd

Armenia jeszcze wydaje się opierać masowej turystyce, mamy wrażenie, że trafiliśmy tam w dobrym momencie. Widzimy na przykładzie Gruzji jak szybko rozwija się turystyka i jak duże zmiany potrafi wprowadzić… niekoniecznie na lepsze. Przykładem może być chociażby asfaltowa droga i wybetonowany parking przy Cminda Sameba, które moim zdaniem odebrały wiele uroku temu miejscu. W Armenii jeszcze nie doświadczymy czegoś takiego. Armenia jest jeszcze prawdziwa, naturalna, nie zmieniona, nie dostosowana pod turystów. Jednym słowem urzeka swoją autentycznością!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *