Epizody: Pięć sekund w Maroku. Mój najszybszy mandat w życiu

Pięć sekund. Dokładnie tyle trwał mój osobisty rekord świata w kategorii „najszybszy mandat w życiu”. Rekord nie do pobicia, bo trudno go w ogóle powtórzyć.

Maroko, początek stycznia. Właśnie odebrałem samochód na lotnisku w Agadirze. Wyjeżdżam z lotniskowego parkingu. Szlaban idzie w górę, ja wrzucam jedynkę, auto ledwo się toczy. Jeszcze nie zdążyłem na dobre wyjechać, a już próbuję ogarnąć nową rzeczywistość: inny kraj, inne znaki, inna temperatura, palmy, słońce, ciepłe powietrze i ta specyficzna ekscytacja, która zawsze towarzyszy pierwszym minutom za kierownicą po przylocie.

I wtedy to się dzieje. Przetaczam się. Dosłownie przetaczam. Przez linię, przy której stoi znak STOP. Prędkość? Około 5 km/h albo nawet i mniej. Trudno nawet nazwać to jazdą. W mojej głowie to było „prawie zatrzymanie”. W rzeczywistości – nie było.

Pięć sekund później widzę gest ręką. Zjazd na bok. Nawet nie zdążyłem włączyć radia. Pan policjant podchodzi z uśmiechem tak szerokim, jakbyśmy właśnie spotkali się na kawie, a nie przy kontroli drogowej. Spokojnie, bez nerwów, z ogromnym uśmiechem i życzliwością informuje mnie, że nie zatrzymałem się na znaku STOP. Mandat: 400 dirhamów. Myślę sobie – świetny początek przygody w Maroku. Poza mną nie było w okolicy żadnego innego auta. Panowie policjanci ewidentnie czekają tutaj na swoje „ofiary”.

Jest tylko jeden problem: przy sobie mam 300 dirhamów. Wyciągam portfel, pokazuję gotówkę. Przy okazji mały tip dla podróżujących – nigdy nie trzymam całej gotówki w jednym miejscu. Zawsze rozkładam ją na kilka kieszeni, do plecaka, do auta. Jeśli coś zginie, nie znika wszystko. Prosta zasada, która nieraz już się przydała.

Policjant patrzy na mnie. Potem na banknoty: 100 i 200 dirhamów. Chwila ciszy, która trwa dłużej niż cały mój „przejazd” przez STOP. Mówi, że musi skonsultować się ze starszym kolegą, kilka zdań wymienionych półgłosem. Wraca. Spogląda jeszcze raz na mnie, jeszcze raz na pieniądze i mówi, że po konsultacji wezmą tylko ten mniejszy banknot, czyli 100 dirhamów i puszczą mnie w dalszą drogę.

Uśmiech staje się jeszcze większy. U niego i u mnie. Mandat zapłacony, lekcja odebrana, droga wolna. Tak właśnie, niemal zanim na dobre opuściłem teren lotniska, dostałem najszybszy mandat w swoim życiu, na szczęście był to mandat w „promocji”.

Ta historia miała jednak bardzo solidny efekt uboczny. Od tej chwili prowadziłem w Maroku z koncentracją godną egzaminu na prawo jazdy. Każdy znak, każda linia, każdy radar był traktowany śmiertelnie poważnie. I rekomenduję też tak jeździć, bo bo marokańska policja jest wyjątkowo drobiazgowa. Mandaty potrafią się tu posypać nawet za przekroczenie prędkości o 1 km/h.

Morał tej historii jest prosty i uniwersalny: w Maroku STOP to naprawdę STOP. A pięć sekund nieuwagi wystarczy, żeby jeszcze zanim dobrze zaczniesz podróż, mieć gotową anegdotę na całe życie.

Na szczęście był to mój pierwszy i ostatni „mandat” w Maroku. Pozostały czas na drodze przebiegał fantastycznie. Drogi są niezłej jakości, ruch poza miastami niewielki, a widoki – petarda. Coś fantastycznego. Także z pełną odpowiedzialnością polecam wynajem auta i podróżowanie po Maroku na własną rękę.

A już niebawem wpis z opisem tego gdzie wypożyczaliśmy auto, ile to kosztowało i jak wygląda cały proces. Zapraszam niebawem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *