Carrantuohill – jak zdobyć najwyższy szczyt Irlandii

Carrantuohill to najwyższy szczyt Irlandii. Jeśli spojrzeć na jego wysokość to nie robi ona specjalnego wrażenia. Ot raptem 1039 m.n.p.m., wydawać by się mogło zatem, że będzie to przyjemny spokojny spacer… jednak to tylko pozory. Carrantuohill stanowi swego rodzaju wyzwanie. Zarówno pod względem technicznym jak również fizycznym. Trzeba bowiem pamiętać, że startujemy z wysokości 150 m.n.p.m. a wejść trzeba na 1039 m.n.p.m. Dodatkowo po drodze czekają dość trudne odcinki. Oczywiście są trasy łatwiejsze i trudniejsze, ale wszystkie wymagają dobrej kondycji i przyzwoitej sprawności. Powagi dodaje smutna statystyka wypadków, do których dochodzi podczas zdobywania szczytu… w tym także zdarzają się wypadki śmiertelne.

Z raportu opublikowanego w 2013 roku wynika, że w latach 1996 – 2000 Carrantuohill pochłonął życie siedemnastu osób. Natomiast obecnie notuje się średnio dwa wypadki śmiertelne rocznie. Niestety, kolejny taki wypadek zdarzył się zaledwie osiem dni po moim trekingu. Podczas zdobywania góry zmarł 59 letni turysta. Z artykułów opublikowanych w prasie irlandzkiej wynika, że powodem śmierci był upadek z wysokości. To powinno budzić respekt u każdego, kto wybiera się na najwyższy szczyt Irlandii.

Na Carrantuohill można wejść na kilka sposobów, jednak zdziwiliby się Ci, którzy spodziewają się opisanych i oznaczonych szlaków. Otóż w Irlandii nie ma wyznaczonych tras górskich. Istnieją one oczywiście jako nieformalne trasy, można je znaleźć w aplikacjach planując treking, jednak fizyczne oznaczenie szlaku znalazłem tylko na samym początku po wyruszeniu z parkingu. Później już trzeba radzić sobie samemu. Przyda się dobra orientacja w terenie i choćby wydrukowana mapa. Ja taką właśnie miałem.

Carrantuohill – wejście przez Devils Ladder.

Jadąc do Irlandii wiedziałem, że będę chciał zmierzyć się przy podejściu z tak zwaną Devils Ladder, czyli Diabelską Drabiną i tak też planowałem swoją trasę. Początkowo chciałem jednego dnia zdobyć Carrantuohill, a następnie przejść najpiękniejszą górską trasę w Irlandii, czyli Coomloughra Horseshoe. Jednak moje plany zostały brutalnie zweryfikowane. Jak do tego doszło dowiecie się czytając dalej.

Początek mojej trasy znajdował się w Cronin’s Yard. Jest to jedno z najpopularniejszych, o ile nie najpopularniejsze miejsce, z którego wyrusza się na szlaki. Prowadzi do niego wąska kręta droga.

Cronin’s Yard wygląda trochę jak gospodarstwo rolne, jednak jest tutaj też mini centrum turystyczne, a także uwaga… po powrocie z gór można w Cronin’s Yard wziąć prysznic. Na parkingu byłem około 9:30. Postój kosztuje dwa euro, ale nikt tego nie egzekwuje i nie widziałem, aby ktokolwiek płacił. Opłaty można dokonać wrzucając odliczoną kwotę do metalowej skrzynki, która znajduje się przy wjeździe na plac.

Ruszajmy jednak na szlak. Początek drogi prowadzi przez drogę wzdłuż zagrody dla owiec. Na mojej trasie spotkałem także wolno biegające osiołki. Dość nietypowy start.

Kolejna część trasy nie ma już nic wspólnego z rolnictwem. Idzie się żwirową drogą, która nie sprawia żadnych trudności, ale pozwala poczuć co czeka niebawem. Robi się bardzo klimatycznie. Po obu stronach wznoszą się szczyty, idziemy wzdłuż strumienia, a na horyzoncie majaczy Devils Ladder. Widoki są genialne.

Ważne, żeby nie pomylić trasy na początku… tak jak ja to zrobiłem. Zamiast skręcić w prawo na rozwidleniu tam gdzie jest strzałka na Carrantuohill, poszedłem w lewo. Później musiałem szukać miejsca żeby przeprawić się przez strumień, a po drodze wybierać taką drogę przez łąkę, żeby nie wpaść po kostki w błoto. Teren jest bardzo podmokły i nie trudno szybko zmoczyć buty. Wybierajcie kamieniste ścieżki, tak z doświadczenia mogę poradzić. A żeby nie pomylić trasy jeśli zobaczycie zielony mostek przerzucony nad rzeką to jest właśnie Wasz szlak.

Udało mi się jednak w miarę sprawnie pokonać strumień i dalej szedłem już żwirową drogą. Tutaj też spotkałem mojego towarzysza wspinaczki – Jamesa, z którym pokonaliśmy resztę trasy w górę, a następnie w dół. Jego celem podobnie jak i moim był Carrantuohill. On jednak nie miał sprecyzowanych planów odnośnie szlaku, także zdecydował się na moją opcję. James od ponad 20 lat mieszka w Nowym Jorku, ale pochodzi z Irlandii, także wrócił na urlop w rodzinne strony.

Po drodze do Devils Ladder trzeba przejść jeszcze przez strumień. Nie nastręcza to większych trudności gdyż idzie się po dużych kamieniach. Są one specjalnie ponacinane, tak żeby woda szybciej z nich odpływała i faktycznie kamienie były suche.

Trasa jest bardzo malownicza. Idzie się miło i przyjemnie, aż do Devils Ladder.

Tutaj zaczynają się… schody. Zdjęcia ani trochę nie oddają tego jak podejście to wygląda w rzeczywistości. Myślę, że słowo podejście też nie jest adekwatne. Jest to coś w rodzaju podejścia z elementami wspinaczki. Spodziewałem się trudnej trasy, ale nie aż tak. Myślałem, że da się tędy wejść nie używając rąk, natomiast okazało się to niemożliwe. W wielu miejscach musiałem się podciągnąć czy przytrzymać, bo jest miejscami naprawdę stromo, a w dodatku jest ślisko. Dzieje się tak ponieważ Devils Ladder to żleb, którym spływa woda.

Na tym odcinku nie ma wyznaczonej jednej trasy. Każdy wybiera taką, ścieżkę, która najbardziej mu odpowiada. Wchodząc tą trasą należy uważać na luźne kamienie, które po prostu mogą spadać z góry, czy to samoistnie czy też poruszone przez inne osoby zdobywające szczyt.

Końcówka Devils Ladder z kamienistej zmienia się w ziemną, ale dalej jest stromo i ślisko. Niemniej po wyjściu na górę dostajemy nagrodę w postaci takich widoków.

Z tego miejsca należy kierować się w prawo w stronę szczytu. Trzeba wdrapać się na skalisty kopiec, który robi duże wrażenie. Droga w górę jest dość stroma i zgadnijcie co… nie ma szlaku. Można podchodzić na szczyt tak jak mamy ochotę – trawersując bądź na idąc na wprost. Co kto lubi.

Po drodze, podczas mozolnej wspinaczki, przy dobrej pogodzie można napawać się oceanem widocznym na horyzoncie.

Ja wymieszałem trochę te metody i ostatecznie po trzech i pół godzinach marszu stanąłem na szczycie najwyższej góry Irlandii.

Niestety w przeciągu pięciu minut pogoda zmieniła się diametralnie. Szczyt całkowicie przykryły chmury, zaczęło nieprzyjemnie wiać, a widoczność spadła do kilku metrów. Na szczęście na górze jest zrobione coś na kształt małego, nie wiem jak to nazwać, schronu, który zbudowany jest z kamieni. Osłania on od wiatru i pozwala odpocząć. Tam zrobiłem sobie pół godzinny odpoczynek, zjadłem banana, napiłem się, pogadałem z 3 innymi osobami, które akurat były na szczycie i zacząłem szykować się do dalszej drogi.

Pamiętacie, że w planach była długa trasa – Coomloughra Horseshoe. Pogoda oraz wcześniejsze podejście skutecznie wybiły mi z głowy zrealizowanie tej karkołomnej misji. Postanowiłem pętlę wokół jeziora Coomloughra zrobić kolejnego dnia, tym bardziej, że prognoza pogody nie pozostawiała złudzeń – miało być słonecznie i w miarę ciepło.

A zatem nie pozostało nic innego jak wrócić na parking do Cronin’s Yard. Nie chciałem jednak wracać tą samą trasą. Wraz z moim świeżo poznanym kompanem, zdecydowaliśmy, że nie wybierzemy też innej bardzo popularnej drogi w dół, czyli tak zwanego Zig Zag. Zamiast tego wybór padł na dużo trudniejszy, ale też o wiele ciekawszy wariant – powrót przez Brother O’Shea’s Gully.

Brother O’Shea’s Gully

Pierwsze trudności pojawiły się już na szczycie, bo po prostu we mgle trudno było nam się zorientować, którędy przebiega trasa. Jedna z prób, co prawda krótka, bo tylko kilkumetrowa zakończyła się czymś takim.

Mieliśmy jednak dużo szczęścia, w sumie szczęście towarzyszyło mi przez cały wyjazd, ale może o tym w kolejnych wpisach. Tym razem uśmiech losu polegał na tym, że kiedy zbieraliśmy się do kolejnej próby odnalezienia trasy, na szczycie zjawił się lokalny przewodnik. Oczywiście nie był sam, bo pod opieką miał turystę, niemniej bardzo chętnie wskazał nam trasę oraz podzielił się radami, które okazały się bezcenne. Przy okazji pogoda zaczęła się poprawiać, także mogliśmy wreszcie zobaczyć gdzie idziemy.

Jak zatem odnaleźć szlak – ze szczytu należy kierować się w lewo i następnie schodzić zboczem w kierunku przełęczy na prawo. Znajduje się ona pomiędzy Carrantuohill, a szczytami zwanymi The Bones. Przy ładnej pogodzie nie będziecie mieli żadnych problemów z nawigacją. We mgle – owszem.

Tutaj jeszcze żeby pokazać skalę, zdjęcie z Jamesem.

Po drodze zapewne zobaczycie, tak mniej więcej w połowie drogi dość stromą ścieżkę w dół, do jeziorka. To jednak jeszcze nie jest ta trasa.

Należy iść dalej do miejsca, w którym droga zacznie piąć się mocno w górę – właśnie na The Bones. I w tym miejscu nie należy iść do góry, ale zacząć schodzić ścieżką w stronę małego jeziorka. To właśnie Wasza trasa.

Trasę ponownie wybieracie sami. Jest stromo, jest bardzo dużo luźnych kamieni, które uciekają spod butów. Szczególnie w deszczu może to być wymagający odcinek.

Przy jeziorku znajduje się małe wypłaszczenie, tam chwilę odpoczywałem podziwiając widoki. James pognał do przodu, ja natomiast zrobiłem sobie przerwę na batonika i picie. Jeziorko nazywane jest „Devils Eye” i podobno jest głębokie.

Wydawało się, że droga w dół będzie już łatwa… myliłem się. Oczywiście nie ma szlaku ani ścieżki i niestety wybierając trasę zrobiłem błąd, bo trzymałem się lewej strony i środka przez co później czekał mnie trudny stromy odcinek po skałach… i muszę przyznać, że na nim trochę miałem stracha. Schodząc od jeziorka należy trzymać się prawej strony. Jest tam kamieniste łagodniejsze zejście.

Później jest już łatwo i przyjemnie. Idąc cały czas zboczem dociera się do drogi, która prowadzi na parking, i którą szliśmy na początku.

Do parkingu dotarłem o 15:30 lokalnego czasu, co oznacza, że przejście szlaku zajęło mi sześć godzin. Godzinę dłużej niż pokazała mi aplikacja, której używałem do planowania. Niemniej nie spieszyłem się, szedłem powoli, robiłem postoje, rozkoszowałem się trasą i widokami.

Moja trasa wyglądała tak:

Jak widzicie korzystałem z planera Komoot. Po raz pierwszy używałem tej strony, ale spodobała mi się na tyle, że na pewno będzie to moje podstawowe narzędzie do planowania trekingów poza Polską.

Czas przejścia: 6 godzin z odpoczynkiem na szczycie.
Start: Cronin’s Yard
Koniec trasy: Cronin’s Yard
Podejście: przez Devils Ladder
Zejście: Brother O’Shea’s Gully

Ciekawostki

Pasmo Górskie Macgillycuddy’s Reeks dosłownie oznacza Czarne Szczyty. Jednak nazwa ta nie pochodzi od koloru. Otóż w XVII wieku duża część ziem w rejonie hrabstwa Kerry, na którego terenie znajdują się góry, należała do klanu Macgillicuddy (lub McGillicuddy). Własnie stąd pochodzi nazwa tego pasma górskiego. Według wikipedii własność klanowa trwała do końca XX w. Jednak ziemie te w dalszym ciągu należą do prywatnych właścicieli, a konkretnie do czterech prywatnych właścicieli, którzy na zboczach wypasają swoje stada owiec.

Cronin’s Yard i prowadzony tam punkt turystyczny, a także parking należy właśnie do jednego z tych czterech właścicieli.

Wejście na szlaki jest darmowe. Pomimo, że jest to własność prywatna właściciele nie czerpią bezpośrednich przychodów z udostępniania swojej ziemi turystom.

Istnieje niepisana zasada, że lokalni przewodnicy oraz organizatorzy różnego rodzaju górskich imprez, które mają miejsce w Macgillycuddy’s Reeks dzielą się zyskiem z właścicielami.

Na szlakach spotkacie ogrodzenia, które mają za zadanie oddzielać poszczególne części gór od siebie, a to ze względu na owce pasące się na łąkach. Chodzi po prostu o to, żeby nie uciekły i żeby nie mieszały się ze sobą. Natomiast ogrodzenia dla turystów nie stanowią żadnego problemu, ponieważ albo są to otwierane bramki, albo nad siatką postawione jest coś w rodzaju drabinki, po której można przejść nie uszkadzając ogrodzenia.

Jeśli będziecie w Irlandii to bardzo polecam treking, jeśli nie na sam Carrantuohill to chociażby w tym rejonie. Szczególnie przy ładnej pogodzie widoki są oszałamiające.

Zobaczcie też koniecznie 8 rzeczy, które musicie spróbować będąc w Irlandii. I nie chodzi wyłącznie o jedzenie.
http://enjoythetravel.pl/8-rzeczy-ktorych-trzeba-sprobowac-w-irlandii/

2 myśli na temat “Carrantuohill – jak zdobyć najwyższy szczyt Irlandii

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *